His breath on my cheek, a freezing touch like blood-red lips, tore me from my dream.
'Same thing again, when will it end?' I ask myself, trying to calm raging heart. This happened yet another time this week... third, fourth time? The same dream, the same 'someone', 'cause how can you name somebody... somebody like HIM... No human being can match him, a long-haired, fair-skinned blonde of slim figure and eyes that paralyze.... A deep, velvet gaze of blood-brown hue...
The alarm clock annouced it's presence; it's wail painfully wounded my ears... Half six in the morning.... The pale dawn... Mornings are not my forte after all. With great difficulty i pulled myself off of the bed, my destination - the bathroom. Of course, puffed up eyes again, earthen skin an that... something... that wasn't there in the evening and there it is now... A bruise-livid oval-shaped mark on my right shoulder...
'Wake up Netta...!' I closed my eyes... A deep breath... One. Two. Three... I tried to remember yesterday; have i bumped into something...? Nothing.... A compete void....
'Netta!' father loudly voiced his lack of patience. 'You're not planning on spending the whole morning in the bathroom, do you? I'll be late at the HQ, and we got a visit from some high-ranking asshole, who wanted to inspect the whole company.'
'Yes, yes... just a minute.' I rapidly covered up the mark, hung a towel round my sholder and briskly left the bathroom... My father was leaning agains a wall, holding an envelope.
'It's for you... There's only your name on it, nothing else...' He held out the envelope towords me...
'A letter.... To me?' My face was struck with surprise, 'cause I only get letters twice a year, for Christmas and birthday..
'Ehm.. thanks' I took the letter in hand. 'Probably form mom, she must have changed her mind and decided to write more often' I jested.
I went towards my room, but before I crossed the threshold of 'my kingdom' i turned in place; father was still looking at me. 'Besides, you'll do fine, there's no better major than you are.' Not waiting for his reaction, i slammed the door behind me... Now it's just me, my heart that beat in my chest like crazy, and that envelope that seared me with curiosity.
środa, 10 lutego 2010
poniedziałek, 8 lutego 2010
sobota, 6 lutego 2010
...z mroku ~ INCUBUS~ part 4.
Troche to trwalo zanim doszlam do siebie. Czulam oszolomienie, strach i lek przed nieznanym - wszystkie te negatywne emocje, przed ktorymi chcesz uciec, postawic bariere, wielki czerwony znak STOP... i cofnac sie, biec jak najdalej i niepatrzec za siebie, ale to bylo nie mozliwe. Teraz trzeba bylo podjac ryzyko i ustalic plan dzialania dzieki, ktoremu mialam byc bezpieczna.
-nie ma czasu do stracenia.- jego slowa wciaz brzmialy obco w mojej glowie- Musimy wracac.
To nie jest odpowiednie miejsce na szczegolowe wyjasnienia. – powiedzial zdecydowanym glosem i wyjal z kieszeni spodni telefon komorkowy. Pospiesznie wybral numer telefonu, ktory znal na pamiec. krotki sygnal i tylko jedno slowo ~ INCUBUS~ wypowiedziane lodowatym glosem, nieczekajac na odpowiedz rozlaczyl sie.
Bez slowa wsiadlam do samochodu, odruchowo spojrzalam w lusterko pasazera. Zapuchniete, czerwone oczy i rozmazany tusz do rzes na moich policzkach ...- obraz nedzy i rozpaczy- szeptnelam sama do siebie. Ryk silnika zagluszyl moje mysli.
-dokad jedziemy?- zapytalam juz spokojniejszym glosem. Tylor odwrocil glowe w moim kierunku
-zobaczysz- z blyskiem w oku i szelmowskim usmiechem docisnal pedal gazu.
Bylo mi wszystko jedna z jaka predkoscia gnalismy i gdzie jedziemy. Tepym wzrokiem wpatrzona w rozmazany krajobraz zza przedniej szyby nagle oprzytomnialam...jedna zlosliwa mysl, jak igla bolesnie ukula mnie w serce...zaraz, zaraz, przeciez...NIE!!!...- czulam jak cisnienie podnioslo sie we mnie gwaltownie, zrenice zwerzyly sie i moja klatke piersiowa wypelnilo cos piekacego bardziej niz czerwone papryczki chili – Oszukales mnie!!!- wykrzyczalam z calych swoich sil, moje gardlo wypelnienione teraz energicznym jadem warczalo glosnije niz silnik odrzutowca.- Dlaczego mi to zrobiles, jestes moim najlepszym przyjacielem...-przepelniona zalem, czulam sie oszukana- przeciez mogles mi zaufac!!!- z wielka trudnoscia przeszlo mi to przez zacisniete gardlo, przez zamglone oczy z trudem widzialam jego zszokowana twarz. Zjechal na pobocze. Oszalale serce i zranione uczucia pragnely wyrwac sie z mojego ciala jak najszybciej, lecz tylko dziki placz i niemoznosc otulala mnie jakas ciasna lina. Tylor trzymal wciaz zacisniete rece na kierownicy, spuscil glowe w dol, ale tylko na chwile, tak jakby chcial zebrac swoje mysli w jedna wielka mase. Wyprostowal sie, a jego ciepla dlon dotknela mojego policzka. W dziwny sposob jego dotyk przyniosl mi zbawienne ukojenie, czulam jak zlosc uchodzi ze mnie, jak powietrze ze spuszczanego balonika. – Nawet nie wiesz jak ciezko bylo mi to ukrywac przed toba- zaczal z drzacym glosem. – nie chcialem cie zranic, wierzylem, ze trzymanie mojego drugiego swiata z dala od ciebie, w jakis sposob, da ci ochrone. Bylem jednak w bledzie...- zawiesil na krotka chwile glos. –ale przeciez poznalas opowiesci mojego dziadka, to tak jakbys po czesci wiedziala o moim sekrecie. –dokonczyl dobitnie swoje wyjasnienie.
Zapanowala cisza, czulam jak moje serce opadlo bez sil na sam dol klatki piersiowej. W mojej glowie jego ostanie slowa dzwonily bolesnie obijajac sie o zakrwawione strzepy mysli. Nie mialam powodu upierac sie przy swoim...FAKTY mowily same za siebie. – Nastepnym razem bardziej mnie uswiadom..- burknelam z polusmiechem puszczajac mu oczko. Poczulam ulge, ale i zazenowanie zarazem, ze zrobilam z siebie taka WARIATKE...
-chyba bede musial ci zrobic blyskawiczny kurs nauki czytania pomiedzy wersami- dodal ze smiechem w glosie i podal mi opakowanie chusteczek higienicznych. – doprowadz sie do porzadku, bo chyba nie chcesz spowodowac ataku serca u mojego i tak juz schorowanego dziadka. –zazartowal.- wiesz, jestes pierwsza kobieta, ktora doprowadzilem do lez...
-i to podwojnie dzisiaj!!!- szybko dodalam, czujac jak atmosfera wraca do normy.- A, jeszcze jedno... skoro juz wiem, gdzie mnie zabierasz, to musisz mi cos obiecac...-specjalnie zwolnilam ton swojej wypowiedzi, czujac napiecie w oczach Tylora – dokonczylam - ZADNYCH wiecej T-A-J-E-M-N-I-C !!! wyciagnelam reke do przypieczetowania paktu.
-W ostatecznosci moge sie na to zgodzic, skoro, az tak nalegasz- nasze dlonie splotly sie w uscisku. – to co teraz juz moge bezpiecznie prowadzic, bez zadnych juz niezapowiedzianych atrakcji ? – zapytal, nieczekajac na moja odpowiedz odpalil silnik i znowu szosa umykala w blyskawicznym tempie, ale tym razem cisza zabita zostala przez radio. Z glosnikow wydobyly sie znajome dzwieki mojego ulubionego zespolu The Rasmus “ u got it wrong”.
Kiedy dobiegly konca ostatnie dzwieki piosenki, Tylor wjechal na posesje swojego dziadka. Zaparkowal na brukowanym podworzu, wzdloz ktorego po obu stronach rozposcieral sie wysoki zywoplot.
-nie ma czasu do stracenia.- jego slowa wciaz brzmialy obco w mojej glowie- Musimy wracac.
To nie jest odpowiednie miejsce na szczegolowe wyjasnienia. – powiedzial zdecydowanym glosem i wyjal z kieszeni spodni telefon komorkowy. Pospiesznie wybral numer telefonu, ktory znal na pamiec. krotki sygnal i tylko jedno slowo ~ INCUBUS~ wypowiedziane lodowatym glosem, nieczekajac na odpowiedz rozlaczyl sie.
Bez slowa wsiadlam do samochodu, odruchowo spojrzalam w lusterko pasazera. Zapuchniete, czerwone oczy i rozmazany tusz do rzes na moich policzkach ...- obraz nedzy i rozpaczy- szeptnelam sama do siebie. Ryk silnika zagluszyl moje mysli.
-dokad jedziemy?- zapytalam juz spokojniejszym glosem. Tylor odwrocil glowe w moim kierunku
-zobaczysz- z blyskiem w oku i szelmowskim usmiechem docisnal pedal gazu.
Bylo mi wszystko jedna z jaka predkoscia gnalismy i gdzie jedziemy. Tepym wzrokiem wpatrzona w rozmazany krajobraz zza przedniej szyby nagle oprzytomnialam...jedna zlosliwa mysl, jak igla bolesnie ukula mnie w serce...zaraz, zaraz, przeciez...NIE!!!...- czulam jak cisnienie podnioslo sie we mnie gwaltownie, zrenice zwerzyly sie i moja klatke piersiowa wypelnilo cos piekacego bardziej niz czerwone papryczki chili – Oszukales mnie!!!- wykrzyczalam z calych swoich sil, moje gardlo wypelnienione teraz energicznym jadem warczalo glosnije niz silnik odrzutowca.- Dlaczego mi to zrobiles, jestes moim najlepszym przyjacielem...-przepelniona zalem, czulam sie oszukana- przeciez mogles mi zaufac!!!- z wielka trudnoscia przeszlo mi to przez zacisniete gardlo, przez zamglone oczy z trudem widzialam jego zszokowana twarz. Zjechal na pobocze. Oszalale serce i zranione uczucia pragnely wyrwac sie z mojego ciala jak najszybciej, lecz tylko dziki placz i niemoznosc otulala mnie jakas ciasna lina. Tylor trzymal wciaz zacisniete rece na kierownicy, spuscil glowe w dol, ale tylko na chwile, tak jakby chcial zebrac swoje mysli w jedna wielka mase. Wyprostowal sie, a jego ciepla dlon dotknela mojego policzka. W dziwny sposob jego dotyk przyniosl mi zbawienne ukojenie, czulam jak zlosc uchodzi ze mnie, jak powietrze ze spuszczanego balonika. – Nawet nie wiesz jak ciezko bylo mi to ukrywac przed toba- zaczal z drzacym glosem. – nie chcialem cie zranic, wierzylem, ze trzymanie mojego drugiego swiata z dala od ciebie, w jakis sposob, da ci ochrone. Bylem jednak w bledzie...- zawiesil na krotka chwile glos. –ale przeciez poznalas opowiesci mojego dziadka, to tak jakbys po czesci wiedziala o moim sekrecie. –dokonczyl dobitnie swoje wyjasnienie.
Zapanowala cisza, czulam jak moje serce opadlo bez sil na sam dol klatki piersiowej. W mojej glowie jego ostanie slowa dzwonily bolesnie obijajac sie o zakrwawione strzepy mysli. Nie mialam powodu upierac sie przy swoim...FAKTY mowily same za siebie. – Nastepnym razem bardziej mnie uswiadom..- burknelam z polusmiechem puszczajac mu oczko. Poczulam ulge, ale i zazenowanie zarazem, ze zrobilam z siebie taka WARIATKE...
-chyba bede musial ci zrobic blyskawiczny kurs nauki czytania pomiedzy wersami- dodal ze smiechem w glosie i podal mi opakowanie chusteczek higienicznych. – doprowadz sie do porzadku, bo chyba nie chcesz spowodowac ataku serca u mojego i tak juz schorowanego dziadka. –zazartowal.- wiesz, jestes pierwsza kobieta, ktora doprowadzilem do lez...
-i to podwojnie dzisiaj!!!- szybko dodalam, czujac jak atmosfera wraca do normy.- A, jeszcze jedno... skoro juz wiem, gdzie mnie zabierasz, to musisz mi cos obiecac...-specjalnie zwolnilam ton swojej wypowiedzi, czujac napiecie w oczach Tylora – dokonczylam - ZADNYCH wiecej T-A-J-E-M-N-I-C !!! wyciagnelam reke do przypieczetowania paktu.
-W ostatecznosci moge sie na to zgodzic, skoro, az tak nalegasz- nasze dlonie splotly sie w uscisku. – to co teraz juz moge bezpiecznie prowadzic, bez zadnych juz niezapowiedzianych atrakcji ? – zapytal, nieczekajac na moja odpowiedz odpalil silnik i znowu szosa umykala w blyskawicznym tempie, ale tym razem cisza zabita zostala przez radio. Z glosnikow wydobyly sie znajome dzwieki mojego ulubionego zespolu The Rasmus “ u got it wrong”.
Kiedy dobiegly konca ostatnie dzwieki piosenki, Tylor wjechal na posesje swojego dziadka. Zaparkowal na brukowanym podworzu, wzdloz ktorego po obu stronach rozposcieral sie wysoki zywoplot.
...z mroku ~INCUBUS~ part 3.
Droga wydawala sie nie miec konca, wtopiona w siedzenie, z zamknietymi oczami, bijacym sercem i dusza na ramieniu czekalam az sie rozbijemy. Ulga przyszla, kiedy czarny asfalt zamienil sie w lesny trakt, Taylor zdjal noge z gazu...wreszcie odetchnelam. Odwrocilam glowe w jego kierunku, nasze spojrzenia spotkaly sie...nie musialam nic mowic. Czytal z mojej twarzy jak z otwartej ksiegi.
-nie spodobalo sie??? – zapytal powstrzymujac sie od smiechu
-wydaje ci sie...przreciez ja to uwielbiam, nikt nie prowadzi lepppppppiej od ciebie...-zucilam z ironia w glosie.
Tylor przygryzl wargi i z szelmowskim usmiechem odpowiedzial- skoro tak, to chyba nie masz nic przeciwko temu... – I wcisnal pedal gazu.
-nieeeeeeee- krzyknelam, czujac jak zoladek podchodzi mi do gardla, lesna szosa zdawala sie uciekac w blyskawicznym tempie. Zamknelam oczy, w chwile potem zachamowal, ostre szarpnieice i wbity pas bezpieczenstwa w moje cialo.....- auuuuuu- jeknelam. Rozpinajac pas, i masujac obolale ramie...
-sorry Netta, zapomnialem sie. Ciagle go testuje... –Jego dlon musnela moj policzek...-Nic ci nie jest, jak twoje ramie...???- zapytal z przejeciem
Patrzac w jego oczy, nie mialam sil robic mu wyrzutow sumienia z powodu bolacego ramienia. Wiedzac jaka przyjemnosc sprawia mu ten samochod.
-dobry masarz szalonego rajdowca napewno nie zaszkodzi- przymrozylam oko i wysiadlam z samochodu. Czulam sie o niebo lepiej stojac na wlasnych nogach, wzielam gleboki oddech. Lesne, rzeskie, wiosenne powietrze to jest to czego mi brakowalo, przez te ostatnie szare i zimne miesiace.
Nasze “magiczne siedlisko”- znajdowalo sie tuz za zakretem,na wzniesieniu, gdzie porosnietem mchem drzewa dawaly schronienie, a soczyscie zielona trawa ukojenie.
-tego mi brakowalo- stwierdzilam kladac sie na pecach, aby moc obserwowac wedrujace chmury. To jedno z naszych ulubionych zabaw, moglismy godzinami sie w nie wpatrywac i analizowac ich ksztalty. Taylor usiadl obok mnie. W milczeniu napawalismy sie widokiem pzrez dluzsza chwile.
-zdaje sie, ze chcialas o czyms porozmawiac...?- zapytal. Tym pytaniem bolesnie sprowadzil mnie na ziemie. Podnioslam sie do pozycji siedzacej, odgarnelam spadajace wlosy z twarzy, wzielam jego reke w moje rece i glosno westchnelam. Juz dawno nie bylo w mojej glowie takiego metliku.
-Taylor wiesz,ze jestes moim najlepszym przyjacielem i ufam tobie bardziej niz sobie samej. Ale od jakiegos czasu cos jest nie tak...
Drzacym, przyciszonym glosem zaczelam opowiadac mu o nieznajomym, zabojczo przystojnym psychopacie z mojego koszmaru, sino-sliwkowym znamieniu na moim barku i pustym liscie z dziwacznym znaczkiem.- z 1895 roku-zaznaczylam.
Taylor w ciszy i skupieniu wysluchal tego co mialam mu do powiedzenia. Kiedy skonczylam, jego twarz byla blada jak sciana, oczy wpatrzone we mnie z niedowierzaniem...zapanowala dluga cisza, w ktorej czulam sie wyjatkowo glupio. Wstal i odszedl w bok...
-Tylor?- Ja tego... ja...wiesz, to...- probowalam sklecic zdanie, ale nawet nie wiedzialam co mam poweidziec, jego reakcja wybila mnie z rownowagi. Nawet pzrez mysl mi nie pzreszlo, ze tak sie zachowa, myslalam, ze wybuchnie smiechem, obejmie mnie swoim meskim ramieniem i powie cos wesolego, zartobliwego, co pozwoli mi zapomniec o tych snach chociaz pzrez chwile. Ale nie...stal w mileczniu, jak posag, bez zadnego slowa.
Zniecierpliwienie wzielo gore- Sluchaj, jezeli wtej chwili nie przerwiesz tej ciszy, to...- podnioslym glosem zaczelam mowic, ale nie dane bylo mi skonczyc. Odwrocil sie i podszedl blizej, jego czekoladowe cieple oczy wbite we mnie, w moja zaskoczona twarz...-pzrepraszam-wyszeptal,a jego cieple rece zsunely prawe ramiaczko mojej bluzki...jego wzrok zatrzymal sie na moim “nowym” znamieniu. Stalismy tak pzrez dluzszy moment, w mojej glowie tysiace mysli, jego dotyk na mojej skorze sprawial mi przyjemnosc. Jeszcze nigdy nie byl tak blisko, jeszcze niegdy nie czulam sie tak zszokowana i podekscytowana zarazem.
-Przepraszam, to moja wina!- powiedzial tym razem glosniej. Jego oczy zaszklily sie.- Czulem jego obecnosc juz od dluzszego czasu...i nic nie zrobilem, nie mialem pojecia, ze ty bedziesz nastepna.!- uklal przede mna, a jego ramiona zawisly na moim pasie.- wybacz mi prosze!!!
Sparalizowana stalam nie ruchomo, wszystko co przed chwila sie wydarzylo wirowalo w mojej glowie...jeden wielki huragan...nic nie mialo sensu, zadnje logiki.
-Nastepna...-z drzacym glosem powtorzylam jego slowo- Nastepna, jak to nastepna?- tym razem glosniej i zecydowanie, odrzucilam jego ramiona i wyzwolilam sie z uscisku- Tylor, o czym ty mowisz??? Nic nie rozumiem, to jest gorsze niz moje koszmary!- krzyknelam mu w twarz.
Wstal, lecz nie podszedl blizej. –Netta, jak dlugo mnie znasz???-zapytal.
-nie zmieniaj tematu- warknelam, nie bylam w stanie zapanowac nad obecna sytuacja, a mialam cofnac sie w pamieci i przypomniec sobie czasy, kiedy sie poznalismy. Wedlug mnie to moglam smialo stwierdzic,ze znamy sie jeszcze za czasow dinozaurow, lecz nie takiej odpowiedzi oczekiwal. – a jakie to ma teraz znaczenie?
-czy kiedykolwiek cie oklamalem???- to pytanie scielo mnie z nog, chwyt ponizej pasa!
Odpowiedz byla jednoznaczna.- nigdy!!! Tego bylam pewna bardziej niz czegokolwiek na swiecie. Zawsze oddany, szczery przyjaciel, ktory stal teraz przede mna z zacisnietymi piesciami...gotowym do udowodnienia czegos, co bylo nieuniknione.
-Pamietasz wakacyjne opowiesci mojego dziadka, jak bylismy mlodsi...? zawsze po nich balas sie zasnac, tulilas sie do mnie, a ja ci mowilem.......- niedokonczyl, bo mu przerwalam...
-...zawsze zrobie tarcze z moich ramion, w nich znjadziesz bezpieczenstwo.- razem juz dokonczylismy...
-to moja mantra, moge ci to powtarzac setki razy- wyszeptal.- Zrozum te wszystkie opowiesci nie wziely sie z nikad...ja znimi dorastalem, zakodowalem je w sercu i umysle, az nastal moj czas. To przechodzi z pokolenia na polenie, ale tylko w lini meskiej. – zawiesil glos, w milczeniu patrzylismy na siebie.
-chcesz powiedziec,ze te wszystkie opowiesci- zamilklam na moment. Moje usta drzaly -one...-probowalam wydobyc z siebie glos, ale tylko stlumiony dzwiek wydostal sie zmojej piersi...
-one sa prawdziwe! - Taylor dokonczyl jednym tchem.
Jego slowa rozdraly moja piers bolesnie, bez sil upadlam na ziemie lkajac. Potok lez splywal po policzkach. Podszedl i objal, wtulona w jego ramiona, tak samo jak z przed lat...- Zawsze zrobie tarcze z moich ramion, w nich znjadziesz bezpieczenstwo- jeszcze raz wyszeptal mi do ucha...
-nie spodobalo sie??? – zapytal powstrzymujac sie od smiechu
-wydaje ci sie...przreciez ja to uwielbiam, nikt nie prowadzi lepppppppiej od ciebie...-zucilam z ironia w glosie.
Tylor przygryzl wargi i z szelmowskim usmiechem odpowiedzial- skoro tak, to chyba nie masz nic przeciwko temu... – I wcisnal pedal gazu.
-nieeeeeeee- krzyknelam, czujac jak zoladek podchodzi mi do gardla, lesna szosa zdawala sie uciekac w blyskawicznym tempie. Zamknelam oczy, w chwile potem zachamowal, ostre szarpnieice i wbity pas bezpieczenstwa w moje cialo.....- auuuuuu- jeknelam. Rozpinajac pas, i masujac obolale ramie...
-sorry Netta, zapomnialem sie. Ciagle go testuje... –Jego dlon musnela moj policzek...-Nic ci nie jest, jak twoje ramie...???- zapytal z przejeciem
Patrzac w jego oczy, nie mialam sil robic mu wyrzutow sumienia z powodu bolacego ramienia. Wiedzac jaka przyjemnosc sprawia mu ten samochod.
-dobry masarz szalonego rajdowca napewno nie zaszkodzi- przymrozylam oko i wysiadlam z samochodu. Czulam sie o niebo lepiej stojac na wlasnych nogach, wzielam gleboki oddech. Lesne, rzeskie, wiosenne powietrze to jest to czego mi brakowalo, przez te ostatnie szare i zimne miesiace.
Nasze “magiczne siedlisko”- znajdowalo sie tuz za zakretem,na wzniesieniu, gdzie porosnietem mchem drzewa dawaly schronienie, a soczyscie zielona trawa ukojenie.
-tego mi brakowalo- stwierdzilam kladac sie na pecach, aby moc obserwowac wedrujace chmury. To jedno z naszych ulubionych zabaw, moglismy godzinami sie w nie wpatrywac i analizowac ich ksztalty. Taylor usiadl obok mnie. W milczeniu napawalismy sie widokiem pzrez dluzsza chwile.
-zdaje sie, ze chcialas o czyms porozmawiac...?- zapytal. Tym pytaniem bolesnie sprowadzil mnie na ziemie. Podnioslam sie do pozycji siedzacej, odgarnelam spadajace wlosy z twarzy, wzielam jego reke w moje rece i glosno westchnelam. Juz dawno nie bylo w mojej glowie takiego metliku.
-Taylor wiesz,ze jestes moim najlepszym przyjacielem i ufam tobie bardziej niz sobie samej. Ale od jakiegos czasu cos jest nie tak...
Drzacym, przyciszonym glosem zaczelam opowiadac mu o nieznajomym, zabojczo przystojnym psychopacie z mojego koszmaru, sino-sliwkowym znamieniu na moim barku i pustym liscie z dziwacznym znaczkiem.- z 1895 roku-zaznaczylam.
Taylor w ciszy i skupieniu wysluchal tego co mialam mu do powiedzenia. Kiedy skonczylam, jego twarz byla blada jak sciana, oczy wpatrzone we mnie z niedowierzaniem...zapanowala dluga cisza, w ktorej czulam sie wyjatkowo glupio. Wstal i odszedl w bok...
-Tylor?- Ja tego... ja...wiesz, to...- probowalam sklecic zdanie, ale nawet nie wiedzialam co mam poweidziec, jego reakcja wybila mnie z rownowagi. Nawet pzrez mysl mi nie pzreszlo, ze tak sie zachowa, myslalam, ze wybuchnie smiechem, obejmie mnie swoim meskim ramieniem i powie cos wesolego, zartobliwego, co pozwoli mi zapomniec o tych snach chociaz pzrez chwile. Ale nie...stal w mileczniu, jak posag, bez zadnego slowa.
Zniecierpliwienie wzielo gore- Sluchaj, jezeli wtej chwili nie przerwiesz tej ciszy, to...- podnioslym glosem zaczelam mowic, ale nie dane bylo mi skonczyc. Odwrocil sie i podszedl blizej, jego czekoladowe cieple oczy wbite we mnie, w moja zaskoczona twarz...-pzrepraszam-wyszeptal,a jego cieple rece zsunely prawe ramiaczko mojej bluzki...jego wzrok zatrzymal sie na moim “nowym” znamieniu. Stalismy tak pzrez dluzszy moment, w mojej glowie tysiace mysli, jego dotyk na mojej skorze sprawial mi przyjemnosc. Jeszcze nigdy nie byl tak blisko, jeszcze niegdy nie czulam sie tak zszokowana i podekscytowana zarazem.
-Przepraszam, to moja wina!- powiedzial tym razem glosniej. Jego oczy zaszklily sie.- Czulem jego obecnosc juz od dluzszego czasu...i nic nie zrobilem, nie mialem pojecia, ze ty bedziesz nastepna.!- uklal przede mna, a jego ramiona zawisly na moim pasie.- wybacz mi prosze!!!
Sparalizowana stalam nie ruchomo, wszystko co przed chwila sie wydarzylo wirowalo w mojej glowie...jeden wielki huragan...nic nie mialo sensu, zadnje logiki.
-Nastepna...-z drzacym glosem powtorzylam jego slowo- Nastepna, jak to nastepna?- tym razem glosniej i zecydowanie, odrzucilam jego ramiona i wyzwolilam sie z uscisku- Tylor, o czym ty mowisz??? Nic nie rozumiem, to jest gorsze niz moje koszmary!- krzyknelam mu w twarz.
Wstal, lecz nie podszedl blizej. –Netta, jak dlugo mnie znasz???-zapytal.
-nie zmieniaj tematu- warknelam, nie bylam w stanie zapanowac nad obecna sytuacja, a mialam cofnac sie w pamieci i przypomniec sobie czasy, kiedy sie poznalismy. Wedlug mnie to moglam smialo stwierdzic,ze znamy sie jeszcze za czasow dinozaurow, lecz nie takiej odpowiedzi oczekiwal. – a jakie to ma teraz znaczenie?
-czy kiedykolwiek cie oklamalem???- to pytanie scielo mnie z nog, chwyt ponizej pasa!
Odpowiedz byla jednoznaczna.- nigdy!!! Tego bylam pewna bardziej niz czegokolwiek na swiecie. Zawsze oddany, szczery przyjaciel, ktory stal teraz przede mna z zacisnietymi piesciami...gotowym do udowodnienia czegos, co bylo nieuniknione.
-Pamietasz wakacyjne opowiesci mojego dziadka, jak bylismy mlodsi...? zawsze po nich balas sie zasnac, tulilas sie do mnie, a ja ci mowilem.......- niedokonczyl, bo mu przerwalam...
-...zawsze zrobie tarcze z moich ramion, w nich znjadziesz bezpieczenstwo.- razem juz dokonczylismy...
-to moja mantra, moge ci to powtarzac setki razy- wyszeptal.- Zrozum te wszystkie opowiesci nie wziely sie z nikad...ja znimi dorastalem, zakodowalem je w sercu i umysle, az nastal moj czas. To przechodzi z pokolenia na polenie, ale tylko w lini meskiej. – zawiesil glos, w milczeniu patrzylismy na siebie.
-chcesz powiedziec,ze te wszystkie opowiesci- zamilklam na moment. Moje usta drzaly -one...-probowalam wydobyc z siebie glos, ale tylko stlumiony dzwiek wydostal sie zmojej piersi...
-one sa prawdziwe! - Taylor dokonczyl jednym tchem.
Jego slowa rozdraly moja piers bolesnie, bez sil upadlam na ziemie lkajac. Potok lez splywal po policzkach. Podszedl i objal, wtulona w jego ramiona, tak samo jak z przed lat...- Zawsze zrobie tarcze z moich ramion, w nich znjadziesz bezpieczenstwo- jeszcze raz wyszeptal mi do ucha...
...z mroku ~ INCUBUS~ part 2.
Usaidlam na brzegu lózka jeszcze raz odwrocilam koperte w nadzieji, ze moze gdzies znajde jakies inicjaly, jakis najmniejszy znak swiadczacy o nadawcy....nic...tylko moje imie napisane z dokladna starannoscia, czerwonym atramentem.
Wzielam gleboki oddech i szybkim ruchem reki rozdarlam koperte, ku mojemu zaskoczeniu koperta byla pusta...- pusta???- powiedzialam sama do siebie z irytacja w glosie...pusta-powtorzylam- nie mozliwe, musialam cos przeoczyc. Po co ktos mialby wysylac mi list bez zadnej zawartosci???. Jeszcze raz obszukalam koperte ze wszystkich stron, z dokladna starannoscia zagladajac do srodka koperty...i nic.
-kiepski zart z samego rana...westchnelam i juz mialam zgniesc koperte i wyrzucic do kosza, kiedy moja uwage przykul znaczek, dosc nie typowy jak na czasy terazniejsze...widniala na nim data 1895. Nicaragua.- to cos w stylu Tylora- pomyslalam i schowalam koperte do torby.
Odruchowo spojrzalam na budzik, ktory ciagle wskazywal 6.30....-bateria padla, znowu...tak niedawno pzreciez wymienialam. To co mnie dzisaj jeszcze czeka???- zapytalam sama siebie, siegajac po telefon komorkowy. Maly, zgrabny z wysuwana klapka. “typowo dziewczecy”-, jak to powiedzial Tylor, kiedy wreczal mi go na moje ostanie urodziny. To mialo oznaczac, teraz jestes pod moim okiem, wiedzial bowiem, ze nie przepadam za taka smycza. Jakby telefon stacjonarny juz nie wystarczal??? Tylko 3 najblizsze mi osoby mialy ten numer: pierwszy na liscie jest Ojciec, Arthur McKenzie, 44 letni wiernie oddany swojej pracy, czlowiek o wielkim sercu. Pan Major- bezwzgledny i opanowany tradycjonalista. Na wszystko znajdzie racjonalne wytlumaczenie- i za to go kocham.
Na drugiej pozycji uplasowala sie rodzicielka, Camilia McKenzie-Robertson, kobieta, ktora 5 lat temu opuscila dom rodziny w poszukiwaniu natchnienia do kolejnej powiesci, gdzie nie tylko odnalazla upragnione natchnienie, ale tez nowa milosc zycia.
Szok i rozczrowanie, wstyd i bol... ojcie do tej pory unika tego tematu jak ognia, a ja nie potrawie wyzbyc sie uczuc do niej, wkoncu matke ma sie tylko jedna.
Trzeci i ostatni numer na mojej liscie...Taylor Smith , najlepszy przyjaciel jakiego mozna sobie wymarzyc, zawsze pod reka, nigdy mnie nie zawiodl...moj osobisty terapeuta, wyslucha, doradzi, przytuli, gdy caly swiat sie wali. Przy nim zawsze czuje sie bezpiecznie, moze dlatego, ze kickboxing to jego caly swiat. Wysportowany, dobrze zbudowany, o ciemnej karnacji, niejedna dziewczyna ze szkoly marzy o nim...
-Netta...Netta!!!- rozbrzmial dobrze znany mi glos Taylora, a zaraz potem odglos rzucanego kamyka w okno. Podeszlam do okna, Taylor stal oparty o swoj ukochany, swiezo podrasowany ford mustang 2010 GT koloru ciemno niebieskiego z dwoma plomieniami po bokach. Jego duma...szybki i wsciekly!!! Typowa meska zabawka. Zdecydowanie nie moj gust.
Machnelam reka, zarzucilam torbe na ramie i wybieglam z pokoju.
W pospiechu minelam ojca, ktory w kuchni dopijal juz zimna poranna kawe.
-do wieczora...aaa i powodzenia dzisiaj.-
-drugie sniadanie mloda damo!!!- ojciec przypomnial mi i rzucil w moja strone worek z prowiantem.
-dzieki.- powiedzialam otwierajac frontowe drzwi. Tylor siedzial na masce, na moj widok zeskoczyl i podbiegl do mnie z wielkim usmiechem na twarzy. Pocalowal w policzek.
-hey, jak tam ukochana zabawka sie sprawuje???- zapytalam, dajac mu kuksanca.
-to twoj szczesliwy dzien....wlasnie zostalas wytypowana do przetestowania jej- zazartowal, otwierajac drzwi pasazera. – Panie przodem- dodal wskazujac ruchem reki.
-zapowiada sie ladny dzien dzisiaj, az szkoda zmarnowac go na siedzenie w szkolnej lawce- zaznaczyl rozrzalonym glosem, wkladajac kluczyki do stacyjki.
-masz racje, dzisja nie jestem w nastroju na zadne szkolne perypetie, musze z toba pogadac.- zaczelam...i na chwile zawiesilam glos, nie bylam pewna,czy aby napewno chce o tym rozmawiac...
Tylor wpatrywal sie we mnie jak w lustro z pytajaca mina. – To co maly wypad za miasto?- zapytal z filuternym polusmiechem...
Kiwnelam glowa. Zapuscil silnik i ruszylismy z piskiem opon.
poniedziałek, 1 lutego 2010
the true
Miss you like never before...
in my dreams you are my HERO
but outside you are just a ... DUST!!!
in my dreams you are my HERO
but outside you are just a ... DUST!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)