Usaidlam na brzegu lózka jeszcze raz odwrocilam koperte w nadzieji, ze moze gdzies znajde jakies inicjaly, jakis najmniejszy znak swiadczacy o nadawcy....nic...tylko moje imie napisane z dokladna starannoscia, czerwonym atramentem.
Wzielam gleboki oddech i szybkim ruchem reki rozdarlam koperte, ku mojemu zaskoczeniu koperta byla pusta...- pusta???- powiedzialam sama do siebie z irytacja w glosie...pusta-powtorzylam- nie mozliwe, musialam cos przeoczyc. Po co ktos mialby wysylac mi list bez zadnej zawartosci???. Jeszcze raz obszukalam koperte ze wszystkich stron, z dokladna starannoscia zagladajac do srodka koperty...i nic.
-kiepski zart z samego rana...westchnelam i juz mialam zgniesc koperte i wyrzucic do kosza, kiedy moja uwage przykul znaczek, dosc nie typowy jak na czasy terazniejsze...widniala na nim data 1895. Nicaragua.- to cos w stylu Tylora- pomyslalam i schowalam koperte do torby.
Odruchowo spojrzalam na budzik, ktory ciagle wskazywal 6.30....-bateria padla, znowu...tak niedawno pzreciez wymienialam. To co mnie dzisaj jeszcze czeka???- zapytalam sama siebie, siegajac po telefon komorkowy. Maly, zgrabny z wysuwana klapka. “typowo dziewczecy”-, jak to powiedzial Tylor, kiedy wreczal mi go na moje ostanie urodziny. To mialo oznaczac, teraz jestes pod moim okiem, wiedzial bowiem, ze nie przepadam za taka smycza. Jakby telefon stacjonarny juz nie wystarczal??? Tylko 3 najblizsze mi osoby mialy ten numer: pierwszy na liscie jest Ojciec, Arthur McKenzie, 44 letni wiernie oddany swojej pracy, czlowiek o wielkim sercu. Pan Major- bezwzgledny i opanowany tradycjonalista. Na wszystko znajdzie racjonalne wytlumaczenie- i za to go kocham.
Na drugiej pozycji uplasowala sie rodzicielka, Camilia McKenzie-Robertson, kobieta, ktora 5 lat temu opuscila dom rodziny w poszukiwaniu natchnienia do kolejnej powiesci, gdzie nie tylko odnalazla upragnione natchnienie, ale tez nowa milosc zycia.
Szok i rozczrowanie, wstyd i bol... ojcie do tej pory unika tego tematu jak ognia, a ja nie potrawie wyzbyc sie uczuc do niej, wkoncu matke ma sie tylko jedna.
Trzeci i ostatni numer na mojej liscie...Taylor Smith , najlepszy przyjaciel jakiego mozna sobie wymarzyc, zawsze pod reka, nigdy mnie nie zawiodl...moj osobisty terapeuta, wyslucha, doradzi, przytuli, gdy caly swiat sie wali. Przy nim zawsze czuje sie bezpiecznie, moze dlatego, ze kickboxing to jego caly swiat. Wysportowany, dobrze zbudowany, o ciemnej karnacji, niejedna dziewczyna ze szkoly marzy o nim...
-Netta...Netta!!!- rozbrzmial dobrze znany mi glos Taylora, a zaraz potem odglos rzucanego kamyka w okno. Podeszlam do okna, Taylor stal oparty o swoj ukochany, swiezo podrasowany ford mustang 2010 GT koloru ciemno niebieskiego z dwoma plomieniami po bokach. Jego duma...szybki i wsciekly!!! Typowa meska zabawka. Zdecydowanie nie moj gust.
Machnelam reka, zarzucilam torbe na ramie i wybieglam z pokoju.
W pospiechu minelam ojca, ktory w kuchni dopijal juz zimna poranna kawe.
-do wieczora...aaa i powodzenia dzisiaj.-
-drugie sniadanie mloda damo!!!- ojciec przypomnial mi i rzucil w moja strone worek z prowiantem.
-dzieki.- powiedzialam otwierajac frontowe drzwi. Tylor siedzial na masce, na moj widok zeskoczyl i podbiegl do mnie z wielkim usmiechem na twarzy. Pocalowal w policzek.
-hey, jak tam ukochana zabawka sie sprawuje???- zapytalam, dajac mu kuksanca.
-to twoj szczesliwy dzien....wlasnie zostalas wytypowana do przetestowania jej- zazartowal, otwierajac drzwi pasazera. – Panie przodem- dodal wskazujac ruchem reki.
-zapowiada sie ladny dzien dzisiaj, az szkoda zmarnowac go na siedzenie w szkolnej lawce- zaznaczyl rozrzalonym glosem, wkladajac kluczyki do stacyjki.
-masz racje, dzisja nie jestem w nastroju na zadne szkolne perypetie, musze z toba pogadac.- zaczelam...i na chwile zawiesilam glos, nie bylam pewna,czy aby napewno chce o tym rozmawiac...
Tylor wpatrywal sie we mnie jak w lustro z pytajaca mina. – To co maly wypad za miasto?- zapytal z filuternym polusmiechem...
Kiwnelam glowa. Zapuscil silnik i ruszylismy z piskiem opon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz