Droga wydawala sie nie miec konca, wtopiona w siedzenie, z zamknietymi oczami, bijacym sercem i dusza na ramieniu czekalam az sie rozbijemy. Ulga przyszla, kiedy czarny asfalt zamienil sie w lesny trakt, Taylor zdjal noge z gazu...wreszcie odetchnelam. Odwrocilam glowe w jego kierunku, nasze spojrzenia spotkaly sie...nie musialam nic mowic. Czytal z mojej twarzy jak z otwartej ksiegi.
-nie spodobalo sie??? – zapytal powstrzymujac sie od smiechu
-wydaje ci sie...przreciez ja to uwielbiam, nikt nie prowadzi lepppppppiej od ciebie...-zucilam z ironia w glosie.
Tylor przygryzl wargi i z szelmowskim usmiechem odpowiedzial- skoro tak, to chyba nie masz nic przeciwko temu... – I wcisnal pedal gazu.
-nieeeeeeee- krzyknelam, czujac jak zoladek podchodzi mi do gardla, lesna szosa zdawala sie uciekac w blyskawicznym tempie. Zamknelam oczy, w chwile potem zachamowal, ostre szarpnieice i wbity pas bezpieczenstwa w moje cialo.....- auuuuuu- jeknelam. Rozpinajac pas, i masujac obolale ramie...
-sorry Netta, zapomnialem sie. Ciagle go testuje... –Jego dlon musnela moj policzek...-Nic ci nie jest, jak twoje ramie...???- zapytal z przejeciem
Patrzac w jego oczy, nie mialam sil robic mu wyrzutow sumienia z powodu bolacego ramienia. Wiedzac jaka przyjemnosc sprawia mu ten samochod.
-dobry masarz szalonego rajdowca napewno nie zaszkodzi- przymrozylam oko i wysiadlam z samochodu. Czulam sie o niebo lepiej stojac na wlasnych nogach, wzielam gleboki oddech. Lesne, rzeskie, wiosenne powietrze to jest to czego mi brakowalo, przez te ostatnie szare i zimne miesiace.
Nasze “magiczne siedlisko”- znajdowalo sie tuz za zakretem,na wzniesieniu, gdzie porosnietem mchem drzewa dawaly schronienie, a soczyscie zielona trawa ukojenie.
-tego mi brakowalo- stwierdzilam kladac sie na pecach, aby moc obserwowac wedrujace chmury. To jedno z naszych ulubionych zabaw, moglismy godzinami sie w nie wpatrywac i analizowac ich ksztalty. Taylor usiadl obok mnie. W milczeniu napawalismy sie widokiem pzrez dluzsza chwile.
-zdaje sie, ze chcialas o czyms porozmawiac...?- zapytal. Tym pytaniem bolesnie sprowadzil mnie na ziemie. Podnioslam sie do pozycji siedzacej, odgarnelam spadajace wlosy z twarzy, wzielam jego reke w moje rece i glosno westchnelam. Juz dawno nie bylo w mojej glowie takiego metliku.
-Taylor wiesz,ze jestes moim najlepszym przyjacielem i ufam tobie bardziej niz sobie samej. Ale od jakiegos czasu cos jest nie tak...
Drzacym, przyciszonym glosem zaczelam opowiadac mu o nieznajomym, zabojczo przystojnym psychopacie z mojego koszmaru, sino-sliwkowym znamieniu na moim barku i pustym liscie z dziwacznym znaczkiem.- z 1895 roku-zaznaczylam.
Taylor w ciszy i skupieniu wysluchal tego co mialam mu do powiedzenia. Kiedy skonczylam, jego twarz byla blada jak sciana, oczy wpatrzone we mnie z niedowierzaniem...zapanowala dluga cisza, w ktorej czulam sie wyjatkowo glupio. Wstal i odszedl w bok...
-Tylor?- Ja tego... ja...wiesz, to...- probowalam sklecic zdanie, ale nawet nie wiedzialam co mam poweidziec, jego reakcja wybila mnie z rownowagi. Nawet pzrez mysl mi nie pzreszlo, ze tak sie zachowa, myslalam, ze wybuchnie smiechem, obejmie mnie swoim meskim ramieniem i powie cos wesolego, zartobliwego, co pozwoli mi zapomniec o tych snach chociaz pzrez chwile. Ale nie...stal w mileczniu, jak posag, bez zadnego slowa.
Zniecierpliwienie wzielo gore- Sluchaj, jezeli wtej chwili nie przerwiesz tej ciszy, to...- podnioslym glosem zaczelam mowic, ale nie dane bylo mi skonczyc. Odwrocil sie i podszedl blizej, jego czekoladowe cieple oczy wbite we mnie, w moja zaskoczona twarz...-pzrepraszam-wyszeptal,a jego cieple rece zsunely prawe ramiaczko mojej bluzki...jego wzrok zatrzymal sie na moim “nowym” znamieniu. Stalismy tak pzrez dluzszy moment, w mojej glowie tysiace mysli, jego dotyk na mojej skorze sprawial mi przyjemnosc. Jeszcze nigdy nie byl tak blisko, jeszcze niegdy nie czulam sie tak zszokowana i podekscytowana zarazem.
-Przepraszam, to moja wina!- powiedzial tym razem glosniej. Jego oczy zaszklily sie.- Czulem jego obecnosc juz od dluzszego czasu...i nic nie zrobilem, nie mialem pojecia, ze ty bedziesz nastepna.!- uklal przede mna, a jego ramiona zawisly na moim pasie.- wybacz mi prosze!!!
Sparalizowana stalam nie ruchomo, wszystko co przed chwila sie wydarzylo wirowalo w mojej glowie...jeden wielki huragan...nic nie mialo sensu, zadnje logiki.
-Nastepna...-z drzacym glosem powtorzylam jego slowo- Nastepna, jak to nastepna?- tym razem glosniej i zecydowanie, odrzucilam jego ramiona i wyzwolilam sie z uscisku- Tylor, o czym ty mowisz??? Nic nie rozumiem, to jest gorsze niz moje koszmary!- krzyknelam mu w twarz.
Wstal, lecz nie podszedl blizej. –Netta, jak dlugo mnie znasz???-zapytal.
-nie zmieniaj tematu- warknelam, nie bylam w stanie zapanowac nad obecna sytuacja, a mialam cofnac sie w pamieci i przypomniec sobie czasy, kiedy sie poznalismy. Wedlug mnie to moglam smialo stwierdzic,ze znamy sie jeszcze za czasow dinozaurow, lecz nie takiej odpowiedzi oczekiwal. – a jakie to ma teraz znaczenie?
-czy kiedykolwiek cie oklamalem???- to pytanie scielo mnie z nog, chwyt ponizej pasa!
Odpowiedz byla jednoznaczna.- nigdy!!! Tego bylam pewna bardziej niz czegokolwiek na swiecie. Zawsze oddany, szczery przyjaciel, ktory stal teraz przede mna z zacisnietymi piesciami...gotowym do udowodnienia czegos, co bylo nieuniknione.
-Pamietasz wakacyjne opowiesci mojego dziadka, jak bylismy mlodsi...? zawsze po nich balas sie zasnac, tulilas sie do mnie, a ja ci mowilem.......- niedokonczyl, bo mu przerwalam...
-...zawsze zrobie tarcze z moich ramion, w nich znjadziesz bezpieczenstwo.- razem juz dokonczylismy...
-to moja mantra, moge ci to powtarzac setki razy- wyszeptal.- Zrozum te wszystkie opowiesci nie wziely sie z nikad...ja znimi dorastalem, zakodowalem je w sercu i umysle, az nastal moj czas. To przechodzi z pokolenia na polenie, ale tylko w lini meskiej. – zawiesil glos, w milczeniu patrzylismy na siebie.
-chcesz powiedziec,ze te wszystkie opowiesci- zamilklam na moment. Moje usta drzaly -one...-probowalam wydobyc z siebie glos, ale tylko stlumiony dzwiek wydostal sie zmojej piersi...
-one sa prawdziwe! - Taylor dokonczyl jednym tchem.
Jego slowa rozdraly moja piers bolesnie, bez sil upadlam na ziemie lkajac. Potok lez splywal po policzkach. Podszedl i objal, wtulona w jego ramiona, tak samo jak z przed lat...- Zawsze zrobie tarcze z moich ramion, w nich znjadziesz bezpieczenstwo- jeszcze raz wyszeptal mi do ucha...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz